WYWIAD Z JEREMY BULLOCHEM

Wywiad udzielony został podczas PolConu 2009 w Łodzi w dniach 27-30 sierpnia. Szczególne podziękowania należą się Katarnowi, bez którego ten wywiad by nie powstał i który zadbał o odpowiedni montaż.

Jeremy Bulloch – aktor brytyjski urodzony 16 lutego 1945 roku w Market Harborough w hrabstwie Leicestershire. Najbardziej znany z roli notorycznego łowcy nagród Boby Fett’a i Porucznik Sheckil’a w Starej Trylogii Gwiezdnych wojen oraz jako Kapitan Colton w Zemście Sithów. Pojawił się także w filmach o Jamesie Bondzie: „Tylko dwa twoich oczu” i „Ośmiorniczka” grając postać Smithers’a i pomocnika Q. Był jednym z gości na ogólnopolskim konwencie PolCon 2009 w Łodzi wraz ze swoją małżonką Maureen.

Krystian Karolak – 
alias Kaelder Dherven, student politologii na Uniwersytecie Łódzkim i fan Gwiezdnych wojen od ponad 13 lat, członek lokalnego zrzeszenia fanów „Łódzki Fanklub Star Wars” oraz ogólnopolskiego „Jedi Order”. Twórca prelekcji dotyczących świata Gwiezdnych wojen. Wśród obszaru jego zainteresowań znajdują się także m.in.: militaria, historia współczesna oraz kultura Japonii.

Krystian Karolak.: Nazywam się Krystian Karolak, znany także jako Kaelder Dherven, a moim gościem jest obecny tutaj Jeremy Bulloch – Boba Fett. Powiedz mi, Jeremy, co sądzisz o fanach Gwiezdnych Wojen?

Jeremy Bulloch: Fani Gwiezdnych Wojen są bardzo lojalni, bo spodziewają się, że niebawem nadejdzie coś nowego w Gwiezdnych Wojnach, oczekują nowości, na przykład: nowego serialu telewizyjnego takiego jak Clone Wars (chodzi tu o film animowany stworzony w 2003 roku przez Genndy Tartakovskiego – przyp. autora) czy nowej postaci w uniwersum. Postaci absorbującej i wzbudzającej ciekawość. Myślę, że to fani nakręcają to wszystko i dzięki nim to wszystko dalej trwa.

K.K.: Co sądzisz o tym wydarzeniu, o PolConie 2009, czy będzie to dobra promocja Gwiezdnych wojen?

J.B.: Byłem już w wielu krajach, pierwszy raz jednak pojawiłem się w Polsce. PolCon, z tego co widzę, to nie tylko Gwiezdne wojny, ale także zupełnie inna twórczość science fiction, na które składają się poza filmami, także kreskówki oraz inne media. To jest coś nowego, trend, który przekonuje do niektórych filmów. Część z nich jest zaskakująca oraz ciekawa i dzięki temu właśnie tysiące ludzi przychodzi na taki konwent. To proces delikatny, powolny i z upływem czasu zainteresowanie zaczyna wzrastać – stanie się coraz większe i większe. To część sci-fi, do której należą Gwiezdne wojny, a także wiele innych filmów tego gatunku, i kiedy pojawiam się na takiej imprezie widzę także Star Trek, wspomniane Gwiezdne wojny czy Battlestar Galactica, oraz mnóstwo innych. Ten proces jest dosyć intrygujący.

K.K.: Co sądzisz o postaci Boby Fetta? Czy zagranie tej postaci było dla Ciebie życiową porażką czy wręcz przeciwnie – Twoją najlepszą rola?

J.B.: Nie sądzę by była to życiowa porażka. Owszem, nie była to najlepsza rola, prawdopodobnie jedna z mniejszych ról jakie miałem okazję zagrać. Nie mniej jednak, więcej nauczyłem się z tej małej roli niż z czegokolwiek wcześniejszego w mojej karierze…

K.K.: …Był też kapitan Colton.

J.B.: Zgadza się, był także i on. Ale nie miałem nic przeciwko niej, to była w końcu jedyna rola (Był także porucznik Sheckil – przyp. autora) w której zagrałem bez hełmu. Jednak, gdyby spojrzeć na to bliżej, zagranie Boby Fett’a było znakomitą rolą, po której nagrodą okazały się słowa ludzi, mówiących: „Panie Bulloch zmieniła Pan moje życie. Do tej pory wędrowałem bez celu, nie wiedząc co dalej zrobić, dzięki roli Boby Fett’a jestem odpowiedzialny za efekty specjalne”. To jest niesamowite. Mnóstwo ludzi żyje marzeniami George’a Lucasa i ze względu na fenomen jakim stały się Gwiezdne wojny, wielu z nich porzuciło swoje wcześniejsze zajęcia, stając się specjalistami od make-up, aktorami, reżyserami. Taka jest według mnie przyszłość.Takie są Gwiezdne wojny.

K.K.: Powiedz mi co było najzabawniejszą rzeczą jaką pamiętasz z planu Gwiezdnych wojen? Było to coś, co Ciebie zawstydziło czy wzbudziło śmiech?

J.B.: Najzabawniejszą rzeczą, jaką pamiętam, było przybycie do pałacu Jabby, gdzie wielu ludzi rozgrzewało się chodząc na czworaka. Zastanawiałem się wtedy, co się dzieje, i nagle wyrósł przede mną wielki Gammoreański strażnik, który sobie najzwyczajniej w świecie spacerował. Jeśli zaś chodzi o Jabbę Hutta, to pierwszy raz gdy go zobaczyłem, przypominał ogromnego stwora o wyglądzie zbliżonym do palca u stopy. Zastanawiałem się wtedy, czy rzeczywiście biorę w tym udział? I co ja właściwie robię tutaj, ale gdy już przyjrzałem się sobie, to sam zauważyłem, iż noszę śmieszny kostium. Wśród ekipy było też całe mnóstwo ludzi, jak chociażby: lalkarze, używający ręki do poruszania swymi wytworami i wiele różnych postaci, całkowicie innych.

K.K. Czy dowiedziałeś się czegoś odnośnie kultury Mandalorian, ich języka i czy chciałbyś się czegoś nauczyć z tej kultury?

J.B.: Na początku nie wiedziałem, że jestem Mandalorianinem. Zdjęcia trwały, ja grałem zgodnie z tym co opisywali mi w skrypcie i gdy to zrobiłem udawałem się do domu. Byłem także w teatrze, co było niesamowite, ze względu na to, iż potrafiłem pogodzić pracę w obydwu miejscach jednocześnie. Obecnie, gdy robię się nieco starszy, myślę, czy nie warto dowiedzieć się czegoś o kulturze Mandalorian i zacząć posługiwać się ich językiem. Być może opanowałbym go biegle, a może nawet stałbym się nauczycielem języka mando i zdobyłbym doktorat. Kto wie.

K.K.: Karen Traviss stworzyła język Mandalorian, którym sporo fanów się posługuje i który jest wśród nich popularny, jak np. Vode, zwrot oznaczający brata czy Kal’buir – ojciec Kal, adresowany do postaci Kal’a Skiraty – bohatera serii Republic Commando.

J.B.: Myślę, że Karen kilkakrotnie pokazała na co ją stać i udowadniała, że jest fantastyczną pisarką.

K.K.: Przeczytałeś może którąkolwiek z tych książek (mowa oczywiście o książkach Karen Traviss – przyp. autora)?

J.B.: Tą książkę mam (Jeremy wskazuje na „True Colours” – Prawdziwe barwy, książki której pierwsze polskie wydanie było pozbawione kilku istotnych stron – przyp. autora), niestety nie mam czasu do niej zajrzeć. Jeśli nie ma mnie tutaj, pracuję w domu albo zajmuję się dziesięciorgiem moich wnucząt, które są ważniejsze niż cokolwiek innego w moim życiu.

K.K.: Rozumiem. Dowiedziałeś się może z prasy czy poprzez inne kanały informacyjne, że Boba Fett powraca w Dziedzictwie (seria książkowa dziejąca się jakieś 40 lat po Bitwie o Yavin – przyp. autora).

J.B.: Słyszę ciągle od fanów pytania czy widziałem to albo czy widziałem Robot Chicken. I tylko to. A jest tyle zabawnych rzeczy w Internecie na temat Gwiezdnych wojen, które można ściągnąć, w tym także o Bobie Fettcie. Jednak mogę powiedzieć, że miałem wiele szczęścia w swojej ponad 50-letniej karierze aktorskiej, i tego, że miałem możliwość odwiedzić różne miejsca jak np.: Polskę, Czechosłowację. To jednak dotyczyło mojej pracy, nie Gwiezdnych wojen.

K.K.: Powiedzmy, że masz okazję zagrać Kal’a Skiratę, znasz Kal’a? Czy przyjąłbyś ją?

J.B.: Tak, zdecydowanie.

K.K.: Jest bardzo interesującą postacią i nie jest tak brutalny, jak jego żołnierze, ale jest bardziej jak ojciec dla nich. Pytanie z trochę innej beczki: Jak myślisz jaka będzie przyszłość Boby Fett’a? Co przewidziałbyś odnośnie jego losów?

J.B.: Jeśli śledzisz historię Epizodu VI, Boba Fett tkwi w jamie Sarlacca i prawdopodobnie nadal tam jest, albo się wydostał….

K.K.: ….Wydostaje się.

J.B.: Wydostaje się, bo jest zbyt przebiegły, by pozostać na dnie, ale w końcu zwolni obroty, nadal jednak pozostając niebezpiecznym.

K.K.: Na sam koniec naszego wywiadu, co powiedziałbyś wszystkim fanom Gwiezdnych wojen?

J.B.: Wspierajcie Gwiezdne wojny, podążajcie za nimi, trzymajcie się swoich pomysłów, szkiców, aktorstwa, reżyserowania, tworzenia efektów specjalnych. Wszystko może w końcu dotrzeć do Lucasa.

K.K.: Bardzo dziękuję za rozmowę, była to dla mnie wielka przyjemność.

J.B.: Ja również dziękuję

WYWIAD WIDEO