PRAWDZIWE GWIEZDNE WOJNY

Wielu z Was zapewne zastanawia się czytając tytuł tego artykułu, co kryje się za określeniem „Prawdziwe Gwiezdne Wojny”. Niewątpliwie temat zainspirowany został dyskusją z jednym z uczestników prelekcji podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Mężczyzna niewątpliwie będący fanem Gwiezdnych Wojen (świadczyć o tym mogła jego obecność na prelekcji i wyrażenie chęci w jej uczestniczeniu), stwierdził otwarcie, w czasie trwania prelekcji o bitwach Wojen klonów, swą nieznajomość z tym co wydarzyło się przed filmami, ani także po nich. Według niego Gwiezdne Wojny zakończyły się z domknięciem trzeciej części, jaką była Zemsta Sithów, stanowiącego prequel do Starej Trylogii sprzed 28 lat. To co tworzone jest teraz, a mianowicie książki, seriale animowane, komiksy i inne twory papieropodobne, nie są już Gwiezdnymi wojnami, a zupełnie innym tworem z uniwersum, w którym istnieją całkowicie nowe postacie (lub dobrze nam znane, lecz występujące w nowej roli i nowym środowisku), a podstawowym ich założeniem jest kontynuowanie niektórych wątków i próba dopowiedzenia przemilczanych w filmie scen. Robione w pośpiechu, niedbale, wręcz po macoszemu dokonują przeważnie zepsucia nie zaś wzbogacenia, a jedynym motywem działania okazuje się nie potęga wyobraźni i próba przełamywanie jej granic, lecz chęć dorobienia się majątku na marce i renomie jaki wzbudziła saga w kinematografii amerykańskiej oraz światowej. Z dużym napięciem słuchaliśmy co odbiorca (że posłużę się profesjonalną terminologią marketingową) prelekcji ma do powiedzenia i w wielu kwestiach się zgadzaliśmy, nie mniej rodziły się także pewne wątpliwości.

Pierwotnie, mniej więcej do 1997 roku, Gwiezdne wojny miały się składać z dwunastu epizodów przedstawiających całkowicie inną historię od tej, jaką znamy obecnie. Inna miała być konstrukcja, rola Kenobiego i Hana Solo, dzieje Skywalkera i o zgrozo, Leia nie miała być Leią jaką znamy i kochamy (w szczególności za kostium niewolnicy Jabby z epizodu VI, którego obraz nosi w sercu, przeważnie męska część widzów i fanów Gwiezdnych wojen). Jak się okazało z wypowiedzi Gary’ego Kurtza (producenta „Imperium kontratakuje” i „Powrotu Jedi”) z 1999 roku w Epizodzie VI nie miało być drugiej Gwiazdy Śmierci, a Han Solo miał zginąć w ostatecznej bitwie przeciwko Imperium. Po pokonaniu Vadera, Luke miał wieść samotne życie Mistrza Jedi, by z czasem odnaleźć swoją siostrę, która przybyła z innej części galaktyki, aby wspólnie zmierzyć się z Imperatorem na planecie Had Abbadon – Imperialnej Stolicy. Prawie jak galaktyczna wersja Dynastii, jednak prawie w tym wypadku, robi wielką różnicę. Plany jednak mimo wyjątkowego zaawansowania nie wypaliły, a wszelkie dalsze próby ożywienia tego tematu spaliły na panewce, kiedy po wejściu na ekrany Zemsty Sithów w 2005 roku, Lucas stwierdził, parafrazując pewną piosenkę: „to już jest koniec i nie ma już nic…”. Aż chciałoby się dokończyć: „jesteśmy wolni (od firm próbujących zbić obecnie majątek na wierności fanów), możemy iść”. Niestety tak nie jest.

W skrócie wygląda to tak: Zemsta Sithów miała być domknięciem historii rodu Skywalkerów, którego dotyczyły wszystkie nieomalże części. Definitywnie przekreślono plotki o powołaniu do życia i sfilmowaniu trylogii Zahna, serii książek cieszącej się bodaj największą popularnością wśród fanów. Po dziś dzień słychać zawodzenia wielbicieli genialnego Chissa – Thrawn’a i Mary Jade, która dzięki tej książce zadebiutowała w Gwiezdnych wojnach.

Zaledwie kilka lat później ogłoszono prace nad nowym projektem, niejako będącym rozszerzeniem wydarzeń pomiędzy „Atakiem klonów”, a „Zemstą Sithów”, okresem znanym i często wspominanym jako Wojny klonów. Wydarzeniu o którym w filmie niewiele wiadomo poza jego wspomnieniem w „Nowej nadziei” przez Obi-wana i końcowej jej fazie w „Zemście Sithów”. Oczywiście niektóre wydarzenia opowiedziane zostały w komiksach (np. osławiona seria Republic wydana przez Dark Horse) i filmie animowanym Tartakovskiego „Wojny klonów”. Nie wszystko jednak, weszło to kanonu George’a Lucasa, a tym samym nie stało się w pełni częścią uniwersum. Dopiero w 2008 roku pomysł Lucasa urzeczywistnił się w postaci serialu Clone Wars robionego w obecnie najpopularniejszej technologii, jaką jest trójwymiar. Serial już od samego początku jednak, wzbudzał liczne emocje oraz kontrowersje, a to za sprawą wszechpotężnej padawanki Anakina Skywalkera – Ahsoki Tano, zwanej pieszczotliwie Aśką. Pozostaje też kwestia manipulacji kanonem oraz operowania zbyt dydaktycznym tonem (dobrzy to ci, którzy biją Imperium/Separatystów/Sithów, bo tak! I bez dyskusji albo dlatego, że tak zażyczył sobie Lucas), co potwierdza wspomnianą wcześniej tezę o powstawaniu całkowicie odmiennego uniwersum, żyjącego własnym życiem, a niekiedy nawet żarłocznie pasożytującego na motywach Gwiezdno wojennych. Trwają też prace nad serialem aktorskim za którego realizację wziął się także George Lucas.

Śmiało można powiedzieć, że obecne pokolenie fanów Gwiezdnych wojen wyrasta na Wojnach klonów, fragmencie wielkiej historii w której dochodzi często do strasznych absurdów, zaprzeczeniom kanonu, i budowaniu najprzeróżniejszych dziwactw, od których starszym fanów głowa boli. Aśka mająca wizję przyszłości, Amidala w roli fenomenalnej pani senator, szpiega i wojowniczki, Grievous zachowujący się jak tchórz, a nie dowódca oraz wiele innych tego typu przykładów.

Kolejnym dowodem na potwierdzenie tej tezy jest gra, książka i komiks „The Force Unleashed” (w tłum. polskim:„Moc wyzwolona”). Główny bohater, Galen Marek alias Starkiller, jako uczeń osławionego Darth Vader’a wymiata praktycznie wszystko na swojej drodze, nie pozostawiając żadnego świadka swoich dokonań i zleconych misji. Począwszy od zabijania setek szturmowców, po zatrzymywanie Mocą gwiezdnego niszczyciela i przeżyciu w próżni kosmicznej, w dodatku będąc ciężko rannym. Aż chciałoby się powiedzieć: nieśmiertelny nie Jedi. Czytając książkę i komiks od razu ciśnie się na usta pytanie, czemu ten cudowny chłopak jest silniejszy od Luke’a, Yody i Obi-wana Kenobiego razem wziętych? Druga część, a właściwie jej nieudany sequel, był już tylko kompletną siekaniną niektórych motywów ze Starej i Nowej Trylogii, próbą wciągnięcia postaci dobrze nam znanych (np. Yody, który w cut-scence na Dagobah zachowuje się jakby miał wszystko i wszystkich, tam gdzie zakrzywiony palec Imperatora nie sięga) i sprzedaniu takiego bubla fanom, którzy w mniemaniu niektórych mają głębokie kieszenie wypełnione gotówką.

Niech Was nie zmylą moje słowa i rozgoryczenie. W tym całym szaleństwie, jakim jest EU wydaje się tkwić cała prawda o sci-fi w dzisiejszych czasach. Robić efektownie, z wielkich wybuchem i tak, by na ekranie działo się jak najwięcej, a fabuła niech zejdzie na dalszy plan. Nieraz zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby, gdyby Gwiezdne wojny zakończyły się na „Zemście Sithów”, a tworzeniem dalszych losów zajęli się fani piszący opowiadania dla innych fanów, nie biorąc za to żadnego wynagrodzenia. Wilk syty byłby, a i owca cała. Moje słowa dodatkowo mogą zostać uwiarygodnione „dziełem” jaki stworzył papcio Lucas w 1978 roku, pod tytułem „Star Wars Holiday Special”. Film, który zebrał najwięcej negatywnych opinii, określony często jako największa pomyłka telewizyjna czy najbardziej zmarnowane dwie godziny w telewizji, trafił także na pierwsze miejsca rankingów dotyczących najbardziej absurdalnych i najdziwniejszych produkcji wszechczasów. Nawet aktorzy tacy jak Harrisom Ford (który zagrał w tym filmie) wolą zapomnieć o uczestnictwie w tym projekcie, zbywając reporterów uśmiechem czy półsłówkiem. Jak się później okazało niektóre elementy trafiły jednak do innych produkcji np. hełm Fetta posłużył jako wzór dla hełmu Straży Śmierci w nowym serialu „The Clone Wars”. Później powstawały Star Wars: Droids, Star Wars: Ewoks czy Przygody Ewoków i Ewoki: Bitwa o Endor, lecz mimo wciąż niezbyt pocieszającej jakości, nie przebiły Holiday Special swoją „genialnością”. Jednak z całego zamieszania jest jedna pozytywna rzecz: jedno pokolenie odchodzi, a przychodzi kolejne, dzięki wciąż żywemu mitowi jaki ukształtował Lucas i jego wyobraźnia, Gwiezdne wojny żyją, by cieszyć innych ludzi – młodszych i starszych. Do nas – fanów – pozostaje zweryfikowanie historii nam przedstawionych i wyrażenie opinii na ich temat, co ja z chęcią czynię nadal.

Napisał: Kaelder Dherven