Pisarze, czemu Wam się nie chce?

Boba FettNic nowego pod słońcem! Zaprawdę nie mylił się ten, kto to powiedział:wszystkie pomysły zostały już użyte, a ich limit wyczerpał się mniej więcej w czasach współczesnych Homerowi. Szczególnie dotyczy to gwiezdnowojennego uniwersum, które jak gąbka nasiąka tym, co akurat w trawie amerykańskiej piszczy. Każda wydana pozycja to swoisty konglomerat archetypowych bohaterów, wizji zagłady galaktyki i przykrojonych do realiów Star Wars mód pojawiających się falowo za oceanem (vide: rozdmuchiwana do niemożliwych rozmiarów kwestia małżeństw homoseksualnych zaowocowała pojawieniem się nowoczesnej rodziny Mandaloriańskiej).

Problemem jest jednak nie tylko to, że autorzy inspirują się tym, co przeczytali w porannej gazecie. I nie chodzi mi też nawet o to, że w kolejnej serii, dziejącej się 40, 45 lat po bitwie o Yavin, pojawiają się, jak odgrzewane steki z Banthy, niedołężni i schorowani, wymyśleni u schyłku poprzedniego stulecia bohaterowie. Świadczy to o jakiejś tam przynajmniej umownej ciągłości uniwersum, a nawet, o ironio, jego wyśmiewanej spójności. Bardziej boli to, że autorzy nie wydają się być w ogóle zainteresowani tworzeniem postaci, które mogłyby mieć taki sam potencjał pozostania w uniwersum na dłużej. Nowi bohaterowie zdają się być typowymi NPCami, pojawiającymi się na jedną, góra dwie książki, szybko dzieląc los star trekowych redshirtów.

X-wingi-Eskadra-Lotrow-_bn5287Czy Michael Stackpole, człowiek, który de facto stworzył Eskadrę Łotrów, w takim kształcie w jakim pokochaliśmy ją najbardziej (jakby nie patrzeć, co najmniej 12 postaci dzięki niemu stało się czymś więcej niż tylko migawkami z filmowej bitwy o Hoth) nie jest w stanie zmusić się do wykreowania jakiegokolwiek nowego elementu, mającego szansę przebić się w uniwersum (czyt. wystąpić też jakiejś książce innego autora)? Czy to jakaś niemoc twórcza? Przypadłość ta mogła dopaść pana Stackpole`a, ale trudno uwierzyć, że nagle zaraza rozprzestrzeniła się po wszystkich autorach z pod znaku Star Wars. Doprawdy, gdyby nie Sue Rostoni, która popychała fabułę do przodu, nakazując bohaterom się rozmnażać, podejrzewam, że nikt nie wpadłby na pomysł takich postaci jak Ben czy Allana. W tym miejscu należałoby też spuścić zasłonę miłosierdzia na nieszczęsnych mandalorian Karen Traviss, którzy w każdej jej książce powracają coraz bardziej irytujący. Jest to kobieta, która była w stanie zepsuć jedną z najwspanialszych postaci w uniwersum – Bobę Fetta, zamieniając jego historię we wzruszającą sagę rodzinną, dzięki czemu ja, wierna fanka wyciągnięcia go z paszczy sarlacca, mam ochotę osobiście wrzucić go tam z powrotem, razem z jego żoną, córką, wnuczką i jej mężem. Takie rozwiązanie sprawy boli najbardziej, gdy mamy do czynienia z, wybacz mi Gombrowiczu, klasykiem literatury gwiezdnowojennej, Timothym Zahnem. Wielki powrót do uniwersum okazał się gigantyczną klapą. Poza odgrzaniem swoich ukochanych chissów nie miał on fanom nic do zaoferowania.

Jaki jest więc sens w czytaniu literatury Star Wars? Może zacznę od tego, że jeżeli ktoś oczekuje od literatury s.f. „ruszenia z posad bryły (wszech)świata” to proponuję wrócić do Lema i Asimova, by nie zawracać sobie głowy książeczkami sprzedawanymi obecnie w kioskach Ruchu obok Sagi o Ludziach Lodu i różowych Harlequinów. Jeśli jednak szukamy książki, którą się dobrze czyta, którą będzie można bez wstydu polecić znajomym, a także nie odkładać jej z poczuciem, że właśnie zmarnowaliśmy kilka dobrych godzin naszego życia na parafrazę innej książki z tej serii będącej znowu wiernym odbiciem poprzedniej, to cóż, przy odrobinie zaangażowania znajdziemy ją. Bo, widzicie, książki, jak to ktoś mądrze powiedział, dzielą się jedynie na dobre i złe. Zapomniał tylko dodać, że i w dobrych i złych możemy doszukać się tych samych cech: są odtwórcze, mało oryginalne, występujące w nich sztampowe postacie wydają się być dziwnie znajome, a akcja, do bólu przewidywalna. Różnica polega jedynie na tym, że w tych dobrych nam to kompletnie nie przeszkadza.