„Piosenka pozostaje ta sama”.

Uwaga! Tym razem nie będzie zdradzania szczegółów zakończenia, ale i tak zamierzam się czepiać 4-go tomu Dziedzictwa pt. „Sojusz”

Jesteśmy po Polconie. Nastał wrzesień. Skończyły się wymówki, które spowodowały zastój na stronie i forum. Czas wziąć się do roboty. Napisać coś. Tylko o czym?

Cudowna zasada „fabryki snów” brzmi: Jeśli brak Ci inspiracji, wykorzystaj to co było. Ponoć sprawdzone rozwiązania są najlepsze. Podobnie musieli myśleć twórcy „Sojuszu”, 4 tomu Dziedzictwa. Zeszycik z Darthem Kraytem na okładce posiada co najmniej kilka elementów, które są fanom Star Wars jakby skądś znane. Czy to dobrze? – nad tym pogłówkuje Wampa.

Specjalnie dla moich czytelników (potwora z Loch Ness, pumy z Opolszczyzny i Yeti): 7x „Sojusz” przez pryzmat Expanded Universe.

  1. Darth Azard. Łazi po mostku gwiezdnego niszczyciela. Pilnuje interesów swojego Imperatora. Dręczy i dusi oficerów marynarki. Świeci oczami. Hm… brzmi znajomo? Powinno. Ale raczej ciężko go nazwać drugim Vaderem. To kiepska imitacja najwyżej. Brak mu tego czegoś, co posiadał Czarny Lord – stylu. Azard to bestia, która nie kontroluje emocji, a świadczy o tym koniec admirała Sha Duna. Jednak trzeba mu przyznać mistrzowską mimikę twarzy stylizowaną na „I hate you”.
  2. Mon Calamari zwane Dac. Jak sięgam pamięcią, źródła wskazywały na wyjątkowe podejście do produkcji gwiezdnych statków na tej planecie. Stoczniowcy byli ponoć jak rzemieślnicy, a okręty jak dzieła sztuki. Szkoda, że w epoce Legacy zapomniano o tej pięknej tradycji. W 137 ABY Dac wygląda z orbity jak Kuat; stocznie tworzą wokół niej „metaliczną koronę”. Poszli na masówkę. Teraz nie dziwię się, że Krayt znienawidził rasę Ackbara. Rozumiem go. Calamarianie, za to coście zrobili – I hate you!
  3. Koligacje rodzinne. Zostajemy w temacie rasy M.C. W Dziedzictwie pojawia się pewna rodzinka. Dokładniej dwie postacie z tej samej rodziny. Jaki jest stopień pokrewieństwa? Oczywiście wuj-siostrzenica. Obecnie chyba jedyny znany między M.C. Nigdy nie ma sióstr, żon, siostrzeńców, dzieci… A skoro tak, to w jaki sposób oni… Miałeś rację Droidzie, jeszcze mało wiemy o rybach i ich rozmnażaniu…
  4. Statki gwiezdne. Teraz nawrzucam na twórców od drugiej strony 😛 Trzeba im przyznać, że okręty tworzą nowe (tj. widać w konstrukcjach nawiązania do starych, ale nie o tym chciałem pisać). Jeden tylko stary pojawił się do tej pory… CEC YT-2400, znany większości z modelu o nazwie „Outrider”. Jedna powtórka… niestety. Akurat tutaj należało zaufać sprawdzonym modelom. Kiedy czytam na Sluis Vanie, że X-83 TwinTail (badziewie Cade’a z początku I tomu) to godny następca T-65 X-Winga, krew mnie zalewa. Ze statków powstałych w czasach Dziedzictwa jako tako podoba mi się tylko Krążownik Scythe („Nieposkromiony”). Za resztę drodzy rysownicy: I hate you!
  5. Triumwirat. Nie, nie chodzi mi nawet o to, że już chronologicznie wcześniej istniał (KotOR II). To by było do przełknięcia. Ale jego członkowie są wręcz – przepraszam za wyrażenie – chamsko stereotypowi. Bail Antilles. Może jeszcze Alderaanin? Podobno amerykańskie dzieci nie rozróżniały Anakina Skywalkera i Anakina Solo. EPIC FAIL. Jedziemy dalej. Gial Gahan. Mon Calamari. Nie ma to jak rasistowski Sojusz Galaktyczny. Niektóre rasy zawsze będą w nim faworyzowane. A kto trzeci? Nu Toreena. Ithorianka. Stereotypowo poczciwa jak ziomkowie z KotORa. Głosowała za Caamasem. Żal.
  6. Romantyzm. Czołowi politycy w galaktyce nie znają podstawowych mechanizmów rządzących wszechświatem. Albo ich nie uznają. Aby uchronić swój lud przed zemstą Dartha Krayta, Gial Gahan decyduje się… wziąć wszystkie winy na siebie. Mama nie nauczyła, że Sithowie to złe Jedi? Ach… no tak. Zapomniałem, że mało wiemy o rybach.
  7. Taktyka bitewna Imperium. Pojęcie niekanoniczne. Nikt nie potwierdził, że coś takiego istnieje. A wielki admirał Thrawn uczył się rzemiosła od Chissów i dlatego wymiatał. To przerażające, jak wiele osób na stanowiskach może być tak niekompetentnych. Pewnie się wzorowali na rezydentach z ulicy Wiejskiej w Warszawie. Nie, sorry. Thingol by mnie poprawił, że na władzach fandomu. Na dodatek przez ponad 150 lat nic się nie zmieniło! Nawet szalona wampa dowodziłaby lepiej niż niejaki Valan w randze admirała. Kto normalny ustawia własne jednostki tak, żeby się wzajemnie ostrzelały? Tego nie warto naśladować. O tym nie warto rozmawiać.

Czas na podsumowanie. Jak dalej żyć ze świadomością takich baboli? Czy kupować dalej Dziedzictwo? Czy wciąż nazywać siebie fanem Star Wars? To ostatnie pytanie brzmi jak stworzone dla Łedża i Taraissu. To w końcu ich działka. A jakie są sugestie wampy? Chyba znowu trzeba się powołać na Polcon. Podobno oryginalność umarła w starożytności. Wszystko to już się zdarzyło i wydarzy się ponownie. Jeśli to prawda, należy się z nią pogodzić. Poza tym powtórki nie muszą być takie złe. Niektóre wręcz pożądane. Jak… muzyka. Muzyka Williamsa. Ta z filmu. Można ją usłyszeć w wielu grach komputerowych (chociażby kultowych Battlegroudsach). Czy to źle? Nie. Nikomu chyba nie przeszkadza, że piosenka pozostaje ta sama. Tworzy klimat. [ostrzeżenie: stare bithańskie przyłowie rodem z „Kocham Cię Bantho”] Czego uszom nie żal, tego gałom tym bardziej. [koniec]

Demotywator: I tak prędzej czy później zaakceptujemy wolę Lucasartsa, nawet najgłupszą.

Posłowie: Wampa raczej wciąż będzie się zaopatrywać w Dziedzictwo. Jest Dziedzictwo – jest felieton!

Written by Roan