Kryzys? Chyba nie u nas?

Ostatnimi czasy wszechświat wpadł w objęcia Ciemnej Strony Mocy. Wiadomości Trójmgławicowe i inne holonetowe serwisy informacyjne nieustannie informują nas o nowym zagrożeniu, jakim jest tzw. Kryzys (nie mylić z Kryzysem Czarnej Floty). Szczególnie niepokojące informacje docierają z planety zwanej Usa, gdyż jej nowo wybrany prezydent, bardziej niż kłopotami gospodarczymi zdaje się interesować bezpańskimi zwierzakami, zeszłorocznym śniegiem tudzież specjalnymi sportami. Szczęśliwie dla nas – galaktycznych konsumentów – wielkie koncerny same świetnie sobie radzą z kryzysem.

Weźmy na przykład taki koncern jak Jensaarai of the Dagobah. Kilka standardowych dni temu zaprezentowali oni długo wyczekiwany produkt zwany Imperial Entanglements. I cóż się okazało? Otóż, najnowsza strategia marketingowa firmy zdecydowanie przeciwstawiła się nabijaniu kredytów za wszelką cenę; wręcz przeciwnie – wyszła naprzeciw oczekiwaniom konsumentów. Przede wszystkim zdecydowano się na trwałe ograniczenie liczby figurek do czterdziestu. Celny strzał. Po co stresować klienta wizją aż sześćdziesięciu figurek do uzbierania, i to w tak ciężkich czasach? Przecież to nieetyczne! Prawdopodobnie tłumaczy to też brak tzw. checklist. W końcu… czego oczy/receptory wzroku (niepotrzebne skreślić) nie widzą, tego sercu/głównemu procesorowi nie żal (jw.). Chociaż słyszałem, że z tymi checklistami to podobno spisek, inspirowany przez producentów jonowych drukarek oraz gwieździstych tuszów, zawiązany w celu nakręcania gospodarki. Jednak to wszystko jest nieważne, gdy obejrzymy figurki z bliska. W wysokiej jakości wyrobu dostrzegam rękę najzdolniejszych gamorreańskich rzemieślników. Niestety, jak sami ze wstydem przyznają, nie zdołali ukształtować twarzy Bacta Tanka… Jako rekompensatę, zdecydowali się nadać figurce Lei twarz swej Bogini Rzemieślników.

Chociaż w Jensaarai of the Dagobah starają się jak mogą, nie są w stanie przebić oferty LEGO. Propozycje na ten rok poraziły mnie tak bardzo, że Palpatine mógłby się od nich uczyć latami. Sztandarowym produktem specjalnego wydania jest Bitwa o Endor. Kreatury… ops, pardon: kreatorzy z LEGO postanowili zaprezentować nam naziemną część słynnych walki… z 887 klocków można zbudować wrota bunkra, skrzydlatego Ewoka, jakąś bliżej niezidentyfikowaną łychę do zupki, miniaturkę AT-STa i kilka ludzików. Wśród komentarzy powtarza się pytanie: Czy Bitwa o Endor to niezbyt szumna nazwa dla produktu?

Odpowiedź brzmi: nie.

Załoga LEGO stwierdza: „czas zadbać o rozwój duchowy naszych klientów”. I mają rację. Bo straszy się kryzysem, a nie wspomina o ułomności przeciętnego konsumenta. Ileż wyobraźni i medytacji mu trzeba, aby pojął zamysł producenta! Biedak sili się ponad miarę, a nawet jednoczy z Mocą – na próżno. Jeżeli rozmaite istoty nie mogą zrozumieć Bitwy o Endor, to co z Bazą Echo? Przecież w zestawie znajdziemy tylko: tauntauna, działo przeciwpiechotne, rebeliantów w lodowych zasiekach i snowtrooperów. Jeśli i Tobie się wydaje, że to opis stacji Echo 3-T-8 – marsz do Yody na lekcje medytacji! I od dzisiaj dieta korzeniuszkowa.

Muszę przyznać, że LEGO wyzwoliło we mnie wielki potencjał inwencji twórczej. Niedawno wysłałem im własne propozycje przyszłych zestawów. Były wśród nich Bitwa o Yavin oraz Bitwa o Geonosis. Pierwszy z nich wyobrażam sobie jako figurki Lei, 3PO i gen. Dodonny przy intercomie. W drugim przypadku postanowiłem umieścić 3 figurki klonów i 3 battle droidy. Skoro „Ani mru mru” wystawili w trzech Ali Babę i czterdziestu rozbójników, to dlaczego 3 figurki nie mogłyby imitować wielkich armii?

Żyjemy w czasach realizacji odważnych, nowatorskich wizji marketingowych. Duże koncerny wyprzedzają oczekiwania klientów o lata świetlne. Kryzys? To chyba tylko pożywka dla Holonetu.

Written by Roan