Historia komiksu Star Wars – część I

„Pomysł to za mało.”

1. Charles Lippincott 1976-77

Skąd się wzięły komiksy spod znaku Star Wars? Odpowiedź na to pytanie uznaję za najważniejsze, bo kontekst zjawiska określa wszystko to, co wydarzyło się później i ma miejsce do dzisiaj. Stąd też, ta część wywodu będzie najobfitsza, a reszta… To już zadanie dla cierpliwego fana, który z wielkiej ilości informacji wyłowi to, co dla niego i innych fanów najistotniejsze.

Zawsze uważałem Makera, George’a Lucasa, za sprawcę sukcesu „Gwiezdnych wojen”. Tak było od początku, od wakacji roku 1979, kiedy to po raz pierwszy na ekranie kina zobaczyłem wiadome, pochyłe żółte napisy podążające w nieskończoność (polska premiera filmu miała miejsce 30 marca). I stało się. Narodził się droid. Faktycznie to był na początku jakiś Luke, czy Han, zanim dotarło do mnie jaka jest ma prawdziwa natura. Niewolnik, także „Gwiezdnych wojen”.

Mijały lata, uczyłem się, świat stawał się mniejszy. Do Makera „dołączył” Ralph McQuarrie. Przekonałem się, że pomysł Lucasa w obraz przekuł pewien znajomy pewnego znajomego, który na co dzień rysował dla Boeinga. OK. To było ich dwóch, nie licząc całej masy mrówek, które przekuły wizje tych dwóch ludzi w film. Tak narodziła się legenda.

No było jeszcze studio Foxa, bez którego cały pomysł ległby w gruzach. To nie było pierwsze studio, do którego zwrócił się George, ale to studio dzięki „prezentacji” Ralpha podjęło się karkołomnego zadania wyprodukowania nowego filmu fantastycznego, nawet jeżeli większość zarządu uważała, że i tak z tego będzie klapa.

Ale nawet młody droid w owych czasach wiedział, że Star Wars to nie tylko film. Były jeszcze książki, figurki, komiksy. Skąd one się wzięły? To akurat nie z inicjatywy Foxa. Studia w owym czasie nie inwestowały wiele w marketing około filmowy. Lucasowi zaproponowano co najwyżej jakieś koszulki i czapeczki. To wszystko. A właśnie ratując film przed zamknięciem budżetu, przekroczonego nie raz, George zdecydował się na wynagrodzenie właśnie z tych około filmowych gadżetów i zagwarantował sobie do nich prawa. Czemu?

I musiało upłynąć wiele wody w Bzurze nim „natknąłem się” na Charlesa Lippincotta. Faktycznie Lucas spotkał go wcześniej i zatrudnił na stanowisku „dyrektora marketingu”. Dopiero teraz zaczęło docierać do mnie „jak to ze lnem było”. Charles był typem człowieka, który wyprzedza swą epokę. On już wtedy wiedział lepiej od wielkich studiów jak należałoby promować, czy też sprzedawać filmy. Ale jak to bywa z Prometeuszami, nikt go nie rozumiał. Lucasa też nie, więc tych dwóch miało coś wspólnego co ich połączyło. I gdy pojmie się co, reszta staje się wręcz banalnie prosta. Prezentacja Lucasa dla Foxa z rysunkami McQuarrie to pomysł Charlesa. A to dopiero początek…

W 1976 roku na Comic-Conie w San Diego, Charles stawia stoisko z plakatami zapowiadającymi film w przyszłe wakacje, o tytule „Star Wars” reżysera od „American Graffiti. Tak, na stoisku były tylko plakaty po 1,75$ (warte dziś około czterystu) i Charlie potrafiący snuć opowieści o tym czego nikt nie widział i czego nie było… I o dziwo chwyciło. Znaleźli się zapaleńcy, których opowieść o wojnie w galaktyce zainteresowała. I na to czekał Charlie. Przewidując do jakiej grupy ludzi film powinien być skierowany, zapytał ich wprost, czego by oczekiwali oprócz filmu i, co niesłychanie ważne, kto to ma wyprodukować. Tak na liście Charliego znaleźli się między innymi Del Rey, Kenner i Marvel. A stąd do komiksów już bardzo prosta, choć wyboista droga.

Tak, za sukcesem „Gwiezdnych wojen” stoi nie kto inny, a właśnie Charles Lippincott, bez którego nie byłoby filmu, zysku i kontynuacji już ponad trzydziestoletniej. Bo przecież Fox nie dosyć, że przyśpieszył premierę z uwagi na obawy przed zdominowaniem widowni przez film „Mistrz kierownicy ucieka” (Burt Reynolds mógł grać Hana Solo), to jeszcze zaszantażował właścicieli kin, iż jeśli nie wezmą Star Wars, to nie dostaną później innego wielce obiecującego romansu. I tak 25 maja 1977 roku aż na 18 ekranach pojawiły się „Gwiezdne wojny”. Jeszcze nie Epizod IV, jeszcze nie „Nowa nadzieja”… Ale właśnie przez Lippincotta film został skazany na sukces. I do dziś wszyscy postępują w ten jedynie słuszny sposób. Czy jest to dobre? W każdym razie działa i przynosi dochód. A filmy… Już chyba nie są takie ważne.

2. Marvel 1977-87

Wróćmy jednak do komiksów. Plan był prosty. Adaptacja komiksowa filmu pojawi się w sześciu odcinkach, z których połowa pojawi się przed premierą. I… Nic z tego nie wyszło. Po pierwsze Fox przyśpieszył premierę, po drugie… chyba Marvel nie zdążył. Faktem jest, że pierwszy komiks trafił na półki dopiero w lipcu 1976 roku i tak jak film stał się hitem, a może nawet i bardziej, bo film nawet w USA w tamtych czasach bardzo powoli przemierzał ostępy Stanów Zjednoczonych. To komiks i wcześniej książka wydana przez Del Reya (do premiery filmu już wznawiana i to w olbrzymich nakładach) niosły kaganek oświaty zanim film trafił pod strzechy.

A za pierwszą opowieścią przyszły następne i następne. Marvel dorobił się 107 zeszytów, trzech roczników, „osobnego” wydania „Powrotu Jedi”, no i kilkunastu zeszytów do animowanych serii „Ewoks” i „Droids”. W sumie sporo, a seria trwała bardzo długo jak na owe, a i dzisiejsze standardy bo dziesięć lat. Niestety, a może i dobrze, w 1987 roku seria, jak i Star Wars przestały się dobrze sprzedawać. Cztery lata po ostatnim filmie, klapa serii animowanych, mało książek… Takie jest życie.

3. Pizzazz 1977-79

Ukazanie się komiksu Marvela „Star Wars #7” w styczniu 1978 roku okazało się kolejnym sukcesem marketingowym. Nowe „Gwiezdne wojny” trafiły do spragnionych fanów. Ale myli się ten, kto uważa, że to były pierwsze nowe „Gwiezdne wojny”. Już w październiku 1977 roku na półki sklepowe trafił magazyn Marvela o tytule „Pizazz”, gdzie między innymi pojawiła się całkiem nowa opowieść spod znaku SW.

Były to pierwsze kadry z opowieści „The Keeper’s World”. W założeniach miała to być seria równoległa z wydawanymi zeszytami głównego nurtu, skupiająca się na innych bohaterach. Niestety tematyka gazety, jak i niska częstotliwość wydawania (16 wydań w dwa lata) spowodowały „rozsynchronizowanie się” opowieści, których ukazały się niecałe dwie… Marvelowi w zeszytach zajęłoby to kilka miesięcy. W sumie bardzo ciekawy epizod w uniwersum, ale bez reperkusji. Historię drugą, „The Kingdom on Ice” dokończono później, najpierw w Wielkiej Brytanii, a dopiero później w Stanach.

4. Marvel UK 1978-86

A skoro już wspomniałem Wyspę, to należy zauważyć, iż Marvel miał swój oddział w Wielkiej Brytanii. I tam też od 1978 roku wydawano komiksy pod znakiem Star Wars. Fakt, trochę inaczej. Nie jedną opowieść na jeden zeszyt, ale kilka na raz w odcinkach. Do tego dochodziły artykuły, wywiady i inny materiał. W sumie bardziej to magazyn komiksowy niż komiks. Co najciekawsze, to że oprócz przedruków z Ameryki, wydawano zupełnie oryginalne opowieści, które dopiero po latach i to nie wszystkie, trafiły do amerykańskiego odbiorcy. A opowieści te były dość niezwykłe i reprezentowały sobą całkiem wysoki poziom…

5. Strips 1979-84

Zeszyty, czy magazyny, to nie jedyne media w jakich ukazywały się komiksowe opowieści Star Wars. W „Los Angeles Timesie” ukazywały się historie w odcinkach, „stripach”, złożone z kilku klatek (jak „Wicek i Wacek” po wojnie w „Expresie Ilustrowanym” w Łodzi). Co ciekawe jednocześnie wydawane były dwie serie komiksowe. Jedna, czarno-biała w tygodniu, druga, kolorowa w wydaniach weekendowych. Czasem to był dwie osobne serie, a czasem się przenikały. Różne to były komiksy i sama historia ich powstania zasługuje na opowieść, gdyż i dramatycznych chwil w niej nie brakuje. Po latach historie te zostały zebrane i wydane na nowo, ale tak jak w przypadku opowieści z Wielkiej Brytanii, także i tu nie wydano wszystkiego. A trafić na taką „zapomnianą” opowieść dziś, nawet w dobie internetu, nie jest łatwe. Komiksy te przestano drukować w roku 1984, lecz…

6. Webstrips 2004-07

W 2004 roku firma Lucasa powróciła do koncepcji „stripów” i zaczęła publikować opowieści na stronie internetowej w płatnym dziale Hyperspace. Były to przedruki wcześniejszych opowieści, ale także całkiem nowe i oryginalne jak „A Hunter’s Fate, Greedo’s Tale”, a nawet takie, które z czasem utworzyły serie „Evasive Action”, czy „Rookies”. Jednak od jakiegoś czasu nowe komiksy już się nie pojawiają, choć są obietnice… Może z powodu takiego, że nowe opowieści nawet nie dotrzymywały poziomu opowieści sprzed lat, a może dlatego, że teraz mamy krótkie on-line komiksy „The Clone Wars”, serię która zapowiada poszczególne odcinki serialu animowanego.

7. Blackthorne Publishing 1987-88

„Gwiezdne wojny” mają za sobą także epizod trójwymiarowości. No może nie do końca, ale małe oszustwo nikomu nie zaszkodzi. Wystarczy, aby jedno oko widziało co innego niż drugie i proszę… obraz wychodzi z planszy. Potrzebne są tylko do tego specjalne okulary z różnokolorowymi szkiełkami. Pewna mała, niezależna witryna wydawnicza, Blackthorne Publishing, wydająca komiksy 3D jak Transformers, G.I.Joe i inne, postanowiła wydać i „Gwiezdne wojny”. Efektem były trzy komiksy, choć plany zakładały nieco więcej. Niestety koniec lat osiemdziesiątych to nie okres zarobkowy dla SW. Czwarty i piąty zeszyt anulowano, a miano opisać Bothańskich szpiegów…

Koniec części pierwszej – ciąg dalszy za tydzień.

 

Lorienjo